środa, 9 marca 2016

Rozdział 6- Tajemnica

   Otworzyłam oczy. Wszędzie było ciemno, a mnie bolała głowa. Usiadłam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Otaczały mnie trumny. Byłam już pewna gdzie jestem.
-Undertakerze?- krzyknęłam. Nikt mi nie odpowiedział. Wyszłam z łóżka... które okazało się trumną. Poczułam jak przechodzi mnie dreszcz. Powoli ruszyłam w stronę otwartych drzwi. W pokoju było ciemno, w niektórych miejscach stały pozapalane świece. Na środku stały 4 trumny z wielkim napisem RODZINA CREVAN. KOCHAJĄCY RODZICE Z DWÓJKĄ DZIECI. Crevan? Rodzina... Adriana...? Co oni tu robili? Czemu nie żyli? Usłyszałam huk i wszystkie świece zgasły. Czyjaś ręka zakryła mi oczy.
-Gdzie się wybierasz? Nie wolałabyś zostać?- usłyszałam dobrze znany mi głos. O ile do tej pory się go nie bałam to teraz... Teraz na jego terenie byłam przerażona. Trumny, ciała, zapach soli, rozkładu, drewna i kamieni. Wszystko to było jak metafora ulotności ludzkiego życia.
-Puść mnie. Chcę iść do domu- powiedziałam cicho i zaklęłam w myślach. Brakowało mi pewności siebie.
-Nie masz domu. Miałaś. Ale straciłaś go jako mała dziewczynka. Nic nie pamiętasz, ale ja ci przypomnę- powiedział Undertaker i odsłonił mi oczy, żeby złapać mnie za rękę. Nie staliśmy już w zakładzie pogrzebowym. Byliśmy przed jakimś budynkiem. Wyglądał na dom jakiegoś bogatego rodu. Usłyszałam śmiech. Poszłam w jego stronę, a grabarz bez słowa ruszył za mną. Znaleźliśmy się w ogrodzie. Dwoje dorosłych ludzi bawiło się z małą dziewczynką. Kobieta miała na sobie elegancką suknię. Jej rozpuszczone brązowe włosy sięgały jej do pasa. Miała niesamowite niebieskie oczy. Mężczyzna, ubrany podobnie do kobiety, miał blond włosy i intensywnie zielone oczy. Ich mała córeczka była do nich bardzo podobna. Odziedziczyła włosy po matce i oczy po ojcu. Przypominała mi... Przypominała mi mnie. Scenę oprócz nas obserwowało dwóch lokajów. Nikt nas nie zauważał. Jeden z lokajów podszedł do pani domu i wyszeptał jej coś na ucho. Spoważniała na chwilę, ale zaraz potem znowu się uśmiechnęła.
-Daj nam ostatni dzień Janie. Musimy ją pożegnać- Jan skinął głową i odszedł do budynku. Drugi lokaj ruszył za nim. Kobieta zwróciła się do małej córeczki- Julio, pójdziemy na podwieczorek? Jan zrobi twoje ulubione ciasto...- Coś jeszcze mówiła, ale obraz i dźwięk zaczęły znikać. Julio...?
    Sceneria się zmieniła. Był środek nocy. Stałam w korytarzu prowadzącym do pokoju z uchylonymi drzwiami. Ruszyłam w tamtą stronę. Miałam bardzo złe przeczucia.
-Czekaliśmy na ciebie- mężczyzna, którego widziałam wcześniej powiedział coś do osoby, która znajdowała się poza moim zasięgiem wzroku- Wiemy, że tacy jak ty nie lubią tracić nas na hmm... ICH korzyść.
-Przybyłem po wasze dusze...- usłyszałam znajomy głos.
-Wiem. Nie martw się. Byliśmy gotowi. Mamy do ciebie prośby.
-Dwa ostatnie życzenia- kobieta odezwała się po raz pierwszy w tej rozmowie i uśmiechnęła się.
-Dwa?- zdziwił się posiadacz znajomego głosu.
-Tak. Moje i męża. Po pierwsze chcemy umrzeć razem. Równocześnie- To mówiąc objęła męża.
-Po drugie- mężczyzna zerknął na dziewczynkę, która spała obok nich- Nie zabijaj jej. Wyglądasz na młodego. Ile temu cię zwerbowali? Nie zdziwiłbym się, gdyby to było twoje pierwsze zadanie. Daj jej szansę. Tylko o to proszę. Ma na imię Julia. Zaopiekuj się nią.
-Zrobię co w mojej mocy. Przysięgam.
    I nagle wszystko ucichło. Już nic nie było. A raczej było, ale nie to co przed chwilą. Oba ciała lewitowały, a z nich wysuwały się wszystkie sceny z życia pary.
-Derick i Joanna Ninston. Powiązania z naszym światem. Powód śmierci: zabici dla wyższego dobra- z cienia wyłoniła się wysoka postać. Była ubrana w długi, czarny płaszcz, a w ręce trzymała zakrwawioną kosę. Na nosie miała okulary. Był to dość młody chłopak. Miał długie, srebrne włosy... Czy to nie...?
     Undertaker wziął na ręce dziewczynkę, a ona wtuliła się w niego przez sen. Wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał. Potem uśmiechnął się, stanął w oknie i skoczył w dół. Gdy pobiegłam zobaczyć gdzie jest, on zdążył rozpłynąć się w mroku...

                                                                        *Eve*

     Czekałam na Ciela w swoim pokoju. Czemu kazał mi iść? Czemu kazał mi czekać? Nie iść na bal? Miałam nadzieję, że z nim zatańczę... Ale pewnie teraz zajmuje się swoją ukochaną Lizzie. Poczułam łzy zbierające się w moich oczach. W tym samym momencie ktoś zapukał do moich drzwi.
-Proszę- powiedziałam i otarłam oczy chustką. Do pomieszczenia wszedł Finni. Nie spodziewałam się go tutaj.
-Panienko Eve- powiedział z promiennym uśmiechem- słyszałem, że nie najlepiej się czujesz i nie mogłaś iść na bal. Zmartwiłem się i przyniosłem ci herbatę- podszedł do mojego stołu, ale kiedy już miał odstawić tacę, czajnik przechylił się i na jego rękę wylało się trochę wrzątku. Zerwałam się z miejsca i do niego podeszłam.
-Nic ci nie jest?
-Nie musisz się martwić panienko- uspokoił mnie. Pokazał mi dłoń. Była zaczerwieniona- Nie czuję takich małych rzeczy.
-Głupku! Jesteś moim przyjacielem. Oczywiście, że się martwię! Idziemy na dół. Może ktoś znajdzie czas, żeby ci to opatrzyć- pociągnęłam go za sobą do drzwi.
-Nie! Nie możesz!- Finni brzmiał jakbym właśnie powiedziała, że idę się powiesić...
-Czemu?- spytałam zdezorientowana.
-Panicz Ciel kazał mi pilnować panienki Eve. I pod żadnym pozorem nie wypuszczać z pokoju, aż sam tu nie przyjdzie- powiedział chłopak z poważną miną. Co tu się dzieje? Nagle usłyszałam głośny huk. Rzuciłam się w stronę drzwi.
-Nie!- ale było już za późno. Wybiegłam na korytarz i gnałam do jedynej osoby, która mogła mi wszystko wyjaśnić. W głowie słyszałam jego obietnicę.
Dziś powiem ci całą prawdę Eve...